Ostatni wpis tutaj ponad pół roku temu. Blog zamarł, chociaż nie zamarłam ja. Wcale. A nawet wręcz przeciwnie. I to bardzo. Rozkwitłam sobie wiośnianą miłością, świeżą jak polny kwiat. I zniknął mi sprzed oczu cały wielki świat ;).
Miłość tyleż piękna, co tragiczna dość, bo wirtualna. Wstyd się przyznać, że na stare lata dałam się ponieść czemuś, w co nigdy tak naprawdę nie wierzyłam. Wirtualna miłość, a cóż to za brednie? - myślałam kiedyś, serdecznie współczując osobom nią dotkniętym, że do tego stopnia stracili poczucie rzeczywistości. A otóż okazało się, że moje poczucie rzeczywistości jest dość mizerne i niedożywione jakieś, bo zdechło mi nagle i niespodziewanie w styczniu i nie ożyło do dziś. I wpadłam po czubek duszy, straciłam rozum i serce, zakochałam się od pierwszego słowa i nie mogę przestać.
I nagle wiosna w samym środku zimy…
Już dawno porzuciłam myśl, że w pracy się z kimś zaprzyjaźnię. Próbowałam. Gdy zaczynałam tu pracować, wydawało mi się, że polubię wszystkich. Do każdej nowej osoby podchodziłam z życzliwością i pełnym kredytem zaufania. Nigdy nie zakładam z góry, że ludzie są źli. Tylko potem dostaję po głowie. Zawsze tak było, przyzwyczaiłam się. Z biegiem lat zrozumiałam, że koleżanki z pracy, to tylko znajome z pracy, nic więcej. Każda sobie rzepkę skrobie, nie oglądając się na innych i nie licząc się z innymi. Cóż, samo życie. Musiałam pogodzić się z tym, że takie pojęcie jak bratnia dusza, w tym akurat miejscu na Ziemi nie istnieje.
W ciągu sześciu lat pracy tutaj polubiłam z wzajemnością tylko dwie osoby. Ania już odeszła na emeryturę. Została Baśka. Tymczasem przez te kadrowe przesunięcia przybyły do nas dwie dziewczyny, które wcześniej znałam tylko z widzenia. Nagle się okazało, że nadajemy na tych samych falach, rozumiemy się w pół słowa, a nawet bez słów. Zaiskrzyło. Teraz jesteśmy cztery: Baśka, Renia, Ewa i ja. I co najdziwniejsze nie tylko ja je lubię, ale i one między sobą też. Może ta nasza czworokątna przyjaźń jest jeszcze zbyt świeża, zbyt krótka, by powiedzieć, że na dobre i na złe, ale mam takie wewnętrzne przekonanie, że to nie jest złudzenie i że nie pryśnie od byle czego. Czasem tak jest, że się to czuje od razu. Szczególnie, że spotykamy się nie tylko w pracy i mamy już za sobą kilka wypadów. A wiadomo, że najlepiej poznaje się ludzi w warunkach polowych.
Najpóźniej przybyła do nas Ewa i chyba ona jest mi najbliższa, jakbyśmy już kiedyś się dobrze znały i spotkały po latach. Dostałam od niej maila, w którym dziękuje mi, że pomogłam jej się zaaklimatyzować w nowym miejscu. A ja przecież nic takiego nie zrobiłam, tylko powitałam ją życzliwie, zwyczajnie i po ludzku. Odpisałam jej, że to ona sama wpakowała mi się do serca i rozsiadła się jak u siebie ;) i że odkąd się u nas pojawiła, stało się coś dziwnego, nagle odkryłam, że bardzo lubię chodzić do pracy :))).
Zapowiadana od dawna reorganizacja powoli zaczyna nas ogarniać swoimi złowrogimi skrzydłami. Wiadomo, że mają być jakieś przesunięcia kadrowe i to czego się wszyscy najbardziej boją - zwolnienia. Najgorsze jest to, że nikt nie wie dokładnie, jak to będzie wyglądać. Możemy się tylko domyślać, bo nikt niczego nam nie powie. Rosyjska ruletka. Na kogo padnie, na tego bęc! A nikt takich niespodzianek nie lubi. O ileż zdrowiej by było, gdyby dyrekcja zrobiła zebranie załogi i powiedziała jasno i wyraźnie, jakie będą kryteria, kto do zwolnienia, a kto nie. Gdybym była w tej grupie do odstrzału, wolałabym wiedzieć wcześniej. A tak czuję się jak uczestnik jakiejś dziwnej gry, której zasad nie znam.
A skoro nikt nic nie wie, pozostają pogłoski i plotki. I chociaż trudno w nie uwierzyć, to jednak potrafią bardzo zdenerwować. Nic chyba tak bardzo nie denerwuje, jak nie sprawdzone informacje. Bo a nuż się sprawdzą?
Najnowsze szeptane pogłoski mówią, że nasz dział pożyje tylko do końca roku, a skoro zlikwidują dział, to i pracownicy tego działu na bruk pójdą. Już są pierwsze jaskółki, że dział się powoli kurczy. Komuś tam nie przedłużono umowy, kogoś przeniesiono gdzie indziej. Dział jest dość rozrośnięty w przestrzeni, nie wszyscy pracujemy razem przy jednym biurku, niektórzy mają te biurka dość daleko. Tymczasem odbywają się jakieś dziwne przetasowania, na przykład dwie dziewczyny z odległych biurek przeniesiono do nas. A jedną od nas na inne odległe biurko. Nie wiadomo dlaczego. Dla mnie to wygląda jak polowanie z nagonką, zagania się ofiary w jeden zagajnik, by tym łatwiej je potem odstrzelić ;).
Bardzo chciałabym się mylić. Ale wszystko to jest aż za bardzo znajome. Już kiedyś tak było, że zagoniono do nas kilkanaście osób, z którymi nie było co zrobić, a po jakimś czasie te osoby poznikały, jedne odeszły same, inne zwolniono, część przeniesiono do innych działów, a tylko nieliczne zostały. Tylko teraz nie bardzo jest dokąd przenosić. Reorganizacja trwa. Już słychać granie myśliwskich rogów.
———-
Jeśli ktoś ma jeszcze gdzieś w kontaktach mój numer gadu: 9929838, to proszę go usunąć (albo zaprzyjaźnić się z nową osobą :D), to już nie jest mój numer, ktoś go przejął. Na razie nie zakładam nowego.







