taisha 24.01.2010

I nagle wiosna w samym środku zimy…

taisha 20.09.2009

Już dawno porzuciłam myśl, że w pracy się z kimś zaprzyjaźnię. Próbowałam. Gdy zaczynałam tu pracować, wydawało mi się, że polubię wszystkich. Do każdej nowej osoby podchodziłam z życzliwością i pełnym kredytem zaufania. Nigdy nie zakładam z góry, że ludzie są źli. Tylko potem dostaję po głowie. Zawsze tak było, przyzwyczaiłam się. Z biegiem lat zrozumiałam, że koleżanki z pracy, to tylko znajome z pracy, nic więcej. Każda sobie rzepkę skrobie, nie oglądając się na innych i nie licząc się z innymi. Cóż, samo życie. Musiałam pogodzić się z tym, że takie pojęcie jak bratnia dusza, w tym akurat miejscu na Ziemi nie istnieje.

W ciągu sześciu lat pracy tutaj polubiłam z wzajemnością tylko dwie osoby. Ania już odeszła na emeryturę. Została Baśka. Tymczasem przez te kadrowe przesunięcia przybyły do nas dwie dziewczyny, które wcześniej znałam tylko z widzenia. Nagle się okazało, że nadajemy na tych samych falach, rozumiemy się w pół słowa, a nawet bez słów. Zaiskrzyło. Teraz jesteśmy cztery: Baśka, Renia, Ewa i ja. I co najdziwniejsze nie tylko ja je lubię, ale i one między sobą też. Może ta nasza czworokątna przyjaźń jest jeszcze zbyt świeża, zbyt krótka, by powiedzieć, że na dobre i na złe, ale mam takie wewnętrzne przekonanie, że to nie jest złudzenie i że nie pryśnie od byle czego. Czasem tak jest, że się to czuje od razu. Szczególnie, że spotykamy się nie tylko w pracy i mamy już za sobą kilka wypadów. A wiadomo, że najlepiej poznaje się ludzi w warunkach polowych.

Najpóźniej przybyła do nas Ewa i chyba ona jest mi najbliższa, jakbyśmy już kiedyś się dobrze znały i spotkały po latach. Dostałam od niej maila, w którym dziękuje mi, że pomogłam jej się zaaklimatyzować w nowym miejscu. A ja przecież nic takiego nie zrobiłam, tylko powitałam ją życzliwie, zwyczajnie i po ludzku. Odpisałam jej, że to ona sama wpakowała mi się do serca i rozsiadła się jak u siebie ;) i że odkąd się u nas pojawiła, stało się coś dziwnego, nagle odkryłam, że bardzo lubię chodzić do pracy :))).

taisha 15.09.2009

Zapowiadana od dawna reorganizacja powoli zaczyna nas ogarniać swoimi złowrogimi skrzydłami. Wiadomo, że mają być jakieś przesunięcia kadrowe i to czego się wszyscy najbardziej boją - zwolnienia. Najgorsze jest to, że nikt nie wie dokładnie, jak to będzie wyglądać. Możemy się tylko domyślać, bo nikt niczego nam nie powie. Rosyjska ruletka. Na kogo padnie, na tego bęc! A nikt takich niespodzianek nie lubi. O ileż zdrowiej by było, gdyby dyrekcja zrobiła zebranie załogi i powiedziała jasno i wyraźnie, jakie będą kryteria, kto do zwolnienia, a kto nie. Gdybym była w tej grupie do odstrzału, wolałabym wiedzieć wcześniej. A tak czuję się jak uczestnik jakiejś dziwnej gry, której zasad nie znam.

A skoro nikt nic nie wie, pozostają pogłoski i plotki. I chociaż trudno w nie uwierzyć, to jednak potrafią bardzo zdenerwować. Nic chyba tak bardzo nie denerwuje, jak nie sprawdzone informacje. Bo a nuż się sprawdzą?

Najnowsze szeptane pogłoski mówią, że nasz dział pożyje tylko do końca roku, a skoro zlikwidują dział, to i pracownicy tego działu na bruk pójdą. Już są pierwsze jaskółki, że dział się powoli kurczy. Komuś tam nie przedłużono umowy, kogoś przeniesiono gdzie indziej. Dział jest dość rozrośnięty w przestrzeni, nie wszyscy pracujemy razem przy jednym biurku, niektórzy mają te biurka dość daleko. Tymczasem odbywają się jakieś dziwne przetasowania, na przykład dwie dziewczyny z odległych biurek przeniesiono do nas. A jedną od nas na inne odległe biurko. Nie wiadomo dlaczego. Dla mnie to wygląda jak polowanie z nagonką, zagania się ofiary w jeden zagajnik, by tym łatwiej je potem odstrzelić ;).

Bardzo chciałabym się mylić. Ale wszystko to jest aż za bardzo znajome. Już kiedyś tak było, że zagoniono do nas kilkanaście osób, z którymi nie było co zrobić, a po jakimś czasie te osoby poznikały, jedne odeszły same, inne zwolniono, część przeniesiono do innych działów, a tylko nieliczne zostały. Tylko teraz nie bardzo jest dokąd przenosić. Reorganizacja trwa. Już słychać granie myśliwskich rogów.

———-
Jeśli ktoś ma jeszcze gdzieś w kontaktach mój numer gadu: 9929838, to proszę go usunąć (albo zaprzyjaźnić się z nową osobą :D), to już nie jest mój numer, ktoś go przejął. Na razie nie zakładam nowego.

taisha 02.09.2009

taisha 01.07.2009

Byłam w pracy kiedy nabrzmiałe, dyszące żarem niebo zabłysło złowrogo, zagrzmiało i lunęło strugami deszczu. Już od kilku dni natura zbierała się do tego wybuchu, było parno, duszno, gorąco. Nareszcie deszcz - pomyślałam. Ale byłam dość odosobniona w swej reakcji. Wokół rozległy się lamenty: nie mam parasolki, jak ja wrócę do domu, deszcz pada, zamknijcie okna, wyłączcie komputery, ja się boję burzy. Wariatki, pomyślałam, deszczu się boją, popada i przestanie, wielkie mi co.  Burza tymczasem grzmiała coraz mocniej. Potoki deszczu lały się z nieba, nie przejmując się brakiem czyjejś parasolki, w nosie to miały czy ktoś zmoknie, czy nie, przecież po to właśnie padały, żeby wszystko zmoczyć. Nawet szyby drżały od bardzo bliskich grzmotów. Nie żebym była taka odważna, ale burzy jakoś się nie boję. W czasie burzy zwykliśmy z Wybrańcem siadać na podcieniu przed domem na Jaworowym Wzgórzu i podziwiać siłę i piękno natury, usiłowaliśmy także łapać w obiektyw co ciekawsze błyskawice, co rzadko nam się udawało, tak byliśmy zapatrzeni. Lubię burzę. A deszcz jeszcze bardziej. Więc nie bałam się, naprawdę. Mimo burzy pacjenci przychodzili do szpitala, przynosili wieści z miasta. Tramwaje ponoć nie jeżdżą, bo miasto zalane, gdzieś tam wody po kolana napadało.

Kiedy wychodziłam z pracy o 14.30 (burza zaczęła się ok. 13.30) deszcz już prawie ustał, trochę jeszcze kropiło. Zadzwoniła moja siostra:
- Gdzie jesteś - spytała nerwowo. - W domu czy w pracy?
- W drodze z pracy do domu.
- Burza była, całe miasto zalane, na Grunwaldzkiej podobno wody pełno i nic nie jeździ, Kartuska zalana, wszędzie powódź.
- Skąd wiesz?
- W telewizji pokazują, cały czas,  wielka powódź.
- Czym ty się przejmujesz, przecież mieszkasz na dwunastym piętrze, do ciebie nie dojdzie - zażartowałam.
- Ale ty na parterze! - krzyknęła moja siostra.  - Ty się śmiejesz, a pewnie ci mieszkanie zalało!
- Na parterze, ale na górce.
A jednak mimo woli zdenerwowanie siostry mi się udzieliło. Podobno zalało też Gdynię, a Adam i Michał dzisiaj pracują w Gdyni. Zadzwoniłam do Adama, nie odbierał telefonu. Pewnie coś się stało - sama zaczęłam wpadać w panikę. Popukałam się w czoło, pewnie jest zajęty i nie ma czasu odbierać. Zadzwoniłam do siostry.
- Wyłącz ten telewizor - zażądałam stanowczo.
- Czemu?
- Bo zawału dostaniesz, jestem na Grunwaldzkiej, co prawda ona jest długa, może gdzieś dalej jest woda, ale ja tu żadnej wielkiej wody nie widzę, trochę kałuż, widać, że mocno padało, bo piasku pełno woda naniosła na jezdnię, ale samochody jeżdżą w obie strony, tramwaje i autobusy też. Zaraz będę jechała prawie przez całe miasto, to ci powiem jak jest dalej, bo może gdzieś faktycznie coś zalało. Ale naprawdę widziałam już większe burze.
No zalało, koło stoczni widziałam ludzi brodzących w wodzie po kolana. Nie jeździły też niektóre autobusy, a tramwaje wszystkie puścili inną trasą. Ale i tak nie trwało to długo. Zanim dojechałam do domu, częściowo tramwajem, częściowo pieszo, już minął mnie mój autobus. I nie szłam w wodzie po kolana, ani nawet po kostki. Fakt, że po drodze były straszne korki i tłumy ludzi w tramwaju, a droga do domu zajęła mi dwie godziny. Ale tak jest zawsze w godzinach szczytu z burzą czy bez. Wczoraj na przykład jechałam do domu trzy godziny, a burzy żadnej nie było.

Po drodze słyszałam od ludzi, że gdzieś piorun trafił w tramwaj, ale nikomu nic się nie stało. Słyszałam też że na tory kolejowe runęła słynna 30-metrowa skarpa przeciwpowodziowa i pociągi nie jeżdżą. No to faktycznie nieszczęście, szczególnie dla ludzi, którzy w tych pociągach ugrzęźli.

Być może w niektórych niżej położonych częściach miasta było tej wody więcej, nie wiem, nie widziałam, to nie będę się wypowiadać. Była gwałtowna burza i ulewa, to prawda, na pewno są jakieś szkody, ale histeryczne gadanie o wielkiej powodzi w Gdańsku uważam za przesadę. Telewizja robi z igły widły, nie po raz pierwszy zresztą. Niech sobie robią, w końcu jest sezon ogórkowy, to każdy temat dobry, a ja i tak nie oglądam. Ale po co denerwują moją siostrę?